POLOWANIE  NAD  PRYPECIĄ

 

 


Kiedy nieraz wspominam sobie dawne czasy, to najmilsze wspomnienia pozostały mi z roku 1929, z podróży na Polesie. Niezapomniany widok bezkresnych przestrzeni, lasów, moczarów na rozlewiskach Prypeci. Wspaniałe polowania oraz spotkanie bardzo sympatycznych osób, o losach których usłyszałem niecodzienne i niesamowite opowieści. Z losem tych ludzi wiąże się tragizm dwóch wojen.

Mój szwagier Mieczysław Ostrowski był oficerem 29 pułku Strzelców Kaniowskich w Kaliszu. Po otrzymaniu awansu na kapitana został przeniesiony na Polesie do Korpusu Ochrony Pogranicza, jako dowódca granicznej stanicy nad Słuczą w Mikaszewiczach. Była to ostatnia polska stacja kolejowa na linii Warszawa-Moskwa. Granica przebiegała wzdłuż rzeki Słucza. Poza małym garnizonem wojskowym w osadzie znajdowała się wielka fabryka dykty - podobno największa w Polsce oraz zarząd dóbr T.A.AGAHEL. W posiadaniu tego belgijsko-holenderskie towarzystwa było ponad 100 tysięcy dziesięcin ziemi - tak tu określano wielkość majątków.

Wyjechałem z Kalisza w pierwszych dniach sierpnia 1929r. zabierając z sobą syna swego Ludwika, naówczas ucznia 7 klasy gimnazjum. Po załatwieniu spraw handlowych w Warszawie pojechaliśmy na Polesie zabierając dla siebie fuzję i amunicję oraz flower dla syna. Po długiej podróży, bo trwającej prawie całą dobę, dojechaliśmy do Mikaszewicz, gdzie zostaliśmi serdecznie powitani przez oczekującą nas rodzinę.

 

Opisując swe przeżycia i wspomnienia z pobytu w Mikaszewiczach zmuszony jestem cofnąć się o lat z górą dwadzieścia, aby opisać wszystkie poznane osoby oraz to co usłyszałem o nich:

W ostatnich latach przed pierwszą wojną światową wielkie obszary ziemskie na Polesiu, kiedyś klucz magnacki Sapiehów, później spuścizna tej rodziny, wynoszące coś około 250 tysięcy dziesięcin ziem znajdujących się nad Prypecią, Słuczą i Leną zostały sprzedane. Posiadłości te nabyli rosyjscy bogacze, książęta Agarkow. Posiadali oni już wielkie majątki, kopalnie i fabryki w okolicach Odessy. Było ich dwóch braci, starszy żonaty i młodszy kawaler. Dobra poleskie kupione został, bodajże na imię młodszego brata Agarkowa. Większą część należności za majątek wpłaciło Konsorcjum Banków Belgijsko-Holenderskich, jako pożyczkę zabezpieczoną hipotecznie na całym obszarze majątku. Jeżeli konsorcjum banków udzieliło tak znacznej pożyczki, mówiono o przeszło 100 tysiącach dolarów, to zabezpieczenie musiało być w stu procentach pewne. Jednocześnie banki zagwarantowały sobie pierwszeństwo zakupu całego materiału drzewnego oraz prawo budowy fabryki dykty, tartaków i innych na obszarze majątku. W roku 1914 wybucha pierwsza wojna światowa. Młodszy książe Agarkow zostaje powołany do wojska. Kiedy w roku 1917 wybuchła rewolucja bolszewicka i anarchia, starszy Agarkow wraz z rodziną został zamordowany. Młodszy brat ocalał będąc w armii.

         W tych czasach zamieszek rewolucyjnych, w sąsiednim większym majątku w kierunku na Mińsk należącym do rodziny Sanguszków administratorem był Polak. Miał młodą żonę i 2-3 letnią córeczkę. Wraz z nimi mieszkała siostra żony, młoda dziewczyna-podlotek. Administrator zginął zamordowany przez bolszewików, a jego żona z małą córeczką i siostrą cudownym wprost sposobem ocalały uciekając do lasu. Znalazł je przypadkiem podjazd polski, który prowadził młody oficer Jan Witkowski. Zaopiekował się nimi i odprowadził biedne kobiety do Pińska. Dzięki jego poparciu nieszczęśliwa młoda wdowa otrzymała zezwolenie na prowadzenie bufetu na dworcu kolejowym.

Na podstawie Traktatu Ryskiego granica polsko-rosyjska została wykreślona na Słuczy i majątek książąt Agarkow został przepołowiony. Mniejsza połowa ponad 100 tysięcy dziesięcin znalazła się po stronie Polski, a reszta po sowieckiej. Konsorcjum Banków Belgijsko - Holenderskich wystąpiło do władz polskich i na podstawie posiadanych pełnomocnictw i zabezpieczeń otrzymało prawo władania całym obszarem, jaki się znajdował w granicach Polski. Rozpoczęto tam budowę fabryki dykty i tartaków pod oficjalną nazwą Towarzystwo Akcyjne AGAHEL. Ocalały z bolszewickiego pogromu młodszy Agarkow zdołał zbiec do Polski i zjawił się w Migaszewiczach w nadziei, że jakaś część majątku przypadnie jemu. Zarząd AGAHEL-u w ogóle nie chciał na ten temat rozmawiać i zażądał zwrotu całej pożyczki oraz poniesionych nakładów inwestycyjnych. Wiadomo, iż wówczas po wojnie ziemie nadgraniczne były bardzo tanie, tak że wartość całego majątku nie była warta sumie udzielonej pożyczki. Jednakże książę Agarkow nie dał za wygraną i wyjechał do Warszawy aby podjąć czynności zmierzające do zmiany istniejącego status quo. Niewiele wskórał, gdyż zabezpieczenie prawnie oddawało cały majątek we władanie AGAHEL-u. Znalazł jednak dwóch czy trzech młodych adwokatów, których zainteresował tą sprawą. Po zapoznaniu się z całością sprawy oznajmili, iż podejmują się wszcząć postępowanie na drodze sądowej, ale będzie to trwało dłuższy czas i pociągnie za sobą konieczność poniesienia dużych kosztów sądowych. Ponieważ Agarkow nie posiadał gotówki, postanowili prowadzić sprawę na własny koszt, na mocy umowy. Jeżeli wygrają sprawę otrzymają wynagrodzenie od wygranej w formie procentowej. I sprawa rozpoczęła się. Przeszła wszystkie instancje i w końcu Sąd Najwyższy wydał wyrok, iż pretensje banków mogą zostać uwzględnione tylko procentowo w stosunku do terytoriów znajdujących się w granicach Polski. Wynosiło to mniej niż 50% udzielonej pożyczki. Nastąpiła konsternacja – wyrok był niewygodny dla konsorcjum i jego prawnicy wnieśli przeciwko temu wyrokowi apelację do Międzynarodowego Trybunału Haskiego, jako sprawy mającej posmak międzynarodowy. Sprawa stała się dość głośna w Polsce, gdyż spraw przed Trybunałem Haskim nie było wiele. Procedura sądowa znów trwała dość długo, w końcu Trybunał Międzynarodowy w Hadze zatwierdził jednak wyrok Sądu Najwyższego w Warszawie. Książę Agarkow został właścicielem w 50% całego swego majątku znajdującego się w granicach Polski.

W tym czasie często jeździł z Warszawy do Mikaszewicz i zatrzymywał się na stacji w Pińsku. Magnesem była piękna panna pracująca w bufecie, w której się zakochał. Był to podlotek uratowany wraz z siostrą i jej dzieckiem przez p. Jana Witkowskiego, który już wówczas był mężem młodej wdowy. W końcu po długich pertraktacjach z zarządem Tow. Akc. AGAHEL pan Agarkow otrzymał dużą spłatę wynoszącą kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Ożenił się ze swoją piękną panną z bufetu i zamieszkali w Warszawie. Później przed samą wojną 1939 roku wyjechali za granicę. Ich szwagier p. Witkowski z żoną zamieszkali w Mikaszewiczach i prowadzili skład Monopolu Państwowego Spirytusowego i Tytoniowego.

Po tych wyjaśnieniach powracam do mojej podróży.

 

Stefan Rydzewski (w środku) z Janem Witkowskim i synem Ludwikiem na polowaniu nad Prypecią.

Po wypoczynku po podróży, na drugi czy trzeci dzień szwagier przygotował wyjazd na polowanie na kaczki na rozlewiska Prypeci oddalone o kilkanaście kilometrów. Wyjazd nastąpił w porze popołudniowej. Wojskowymi końmi powoził żołnierz z karabinem na plecach i towarzyszył mu stary leśnik z przedpotopową rusznicą pistonową. Z synem, szwagrem i p. Witkowskim jechaliśmy kilkanaście kilometrów drogą polną, podziwiając dzikie przestrzenie, wody, lasy, bagna i moczary.

         Z państwem Witkowskimi poznaliśmy się dzień przedtem. Pani Witkowska była jeszcze młodą   i   przystojną  kobietą,   a   p.  Witkowski

bardzo miłym, sympatycznym i zagorzałym myśliwym.

Toteż od pierwszej chwili poczuliśmy do siebie szczerą sympatię. Dojechawszy do rozlewiska i wysepki nad jeziorem Wołczyn, rozpoczęliśmy polowanie brodząc po moczarach. Do zmroku zabiliśmy do dwudziestu sztuk kaczek, najwięcej na rozkładzie miał p. Witowski. Po zapadnięciu zmroku leśnik zaprowadził nas na wysepce do miejsca, gdzie stał tak zwany kureń - duża buda. Żołnierz spętawszy konie rozpalił z leśnikiem duże ognisko przy wejściu do kurenia. Bez tego nikt nie wytrzymałby przed chmarami komarów, których tam jest mnóstwo. Widziałem w czasie dnia, gdy jechaliśmy, pasące się stado bydła, dla którego rozpalono dwa czy trzy duże ogniska z chrustu i zielonych gałęzi, aby silnie dymiło. Krowy otoczyły ogniska trzymając łby nad dymem ratując się w ten sposób przed kąśliwymi komarami. Rozłożyliśmy się wygodnie w kureniu przy ognisku no i po trudach znalazła się butelczyna, zakąski i pogawędki myśliwskie. Posiadam jeszcze starą fotografię, którą wówczas zrobił szwagier, jak wypoczywamy przy tym ognisku w kureniu. W nocy, gdy już posnęliśmy zbudził nas szalony rumor i tętent koni, które spętane rzuciły się do kurenia przestraszone, pchając się wprost do ogniska i do środka. Zerwaliśmy się ze snu chwytając za broń, żołnierz zarepetował karabin. Były to jeszcze czasy, gdy na tych terenach grasowały bandy, szmuglujące towary przez granicę. Stary leśnik dorzucił chrustu do przygasłego ognia. Kiedy buchnął płomień konie zaczęły się uspokajać. Leśnik powiedział spokojnie „niczewo, eto wołki ispugały koni”. Wszystko uspokoiło się, widocznie wilki ujrzawszy ogień i ludzi cofnęły się.

Skoro świt wyruszyliśmy na rozlewiska, na dalsze polowanie. Widziało się przelatujące setki różnych kaczek, od najmniejszych cyranek po wielkie krzyżówki w różnych odcieniach upierzeń. Zawładnęła nami gorączka myśliwska. Gdy sprzykrzyła nam się strzelanina i słońce podniosło się dość wysoko, popłynęliśmy łódką po jeziorze Wołczyn. Odbiliśmy od brzegu i szuwarów na kilkadziesiąt metrów na dość szeroką przestrzeń i przejrzystą wodę. Nachyliłem się i ujrzałem w głębinie olbrzymie kloce drewna, jedno na drugim. Zdziwiony zwróciłem się do starego leśnika z zapytaniem co to znaczy. Płynąc dalej widać było takie same zwały drewna na dnie jeziora. Leśnik odpowiedział, iż przed 6-ciu laty, w czasie ciężkiej zimy i mrozów, kiedy pokrywa lodu na jeziorze była grubości najmniej pół metra zarząd AGAHEL-u zarządził wyrąb w lasach i zwózkę około 15 tysięcy najgrubszych dębów. Te grube kloce  zwieziono na lód, a przy odwilży zatopiono w jeziorze. Przed kilku miesiącami przyjechali fachowcy z Holandii i po zbadaniu na miejscu orzekli, że jeszcze najmniej dwa lata muszą leżeć na dnie jeziora, a wówczas będą gotowe jako czarny dąb, który jest bardzo poszukiwany. Pomyślałem sobie, cóż to za piękny majątek leży na dnie jeziora.

Tak zakończyliśmy poleskie polowanie na kaczki. Razem z p. Witkowskim przywieźliśmy około 60 sztuk. Otrzymaliśmy burę od szwagierki Hanki, że za wiele z tym będzie pracy.

 

Któregoś dnia szwagier Ostrowski zaproponował mi zwiedzenie fabryki dykt i fornirów. Wyruszyliśmy całą paczką i dzięki stosunkom szwagra spotkaliśmy się z dużą uprzejmością. Sam vicedyrektor oprowadzał nas po całej fabryce i udzielał wyczerpujących wyjaśnień i informacji. Fabryka jak na owe czasy była duża, podobno największa w Polsce. Zobaczyłem oprócz wielkich składów zwykłej dykty i fornirów, dyktę składającą się z kilku warstw o grubości 5-6 cm i powierzchni 4-5 metrów kwadratowych. Zaciekawiony zapytałem dyrektora jakie jest przeznaczenie takich olbrzymich płyt. Odpowiedział, że wyrabiają je na zamówienie Argentyny z przeznaczeniem na budowę największych okrętów. Wytrzymałość tych płyt jest 9-krotnie większa od zwykłego drewna. Z zainteresowaniem oglądałem proces produkcji. W długiej hali znajdowało się kilkanaście betonowych pomieszczeń o wielkości 8 x 12 metrów z olbrzymimi drzwiami betonowo-żelaznymi, do których można było wjechać kolejką szynową. Każda kabina zapełniona była klocami drzewa – odziomkami okorowanymi i oczyszczonymi, długości 5 do 8 metrów. Po zapełnieniu boksy są szczelnie zamykane i  zostaje puszczona para. Za kilka dni drewno stanie się odpowiednie do dalszej obróbki. Kolejkami przewozi się kloce do olbrzymich maszyn, w których gruby pień 100-letniego drzewa włożony do specjalnego imadła obraca się dokoła swej osi i jednocześnie piła-nóż tnie drzewo na całej długości. Wygląda to tak jakby rozwijał się zwinięty rulon. Widok jest wspaniały, imponujący i bardzo niezwykły. Po uzyskaniu potrzebnej grubości półfabrykat po posmarowaniu odpowiednim klejem czeka w prasie pod dużym ciśnieniem. Następnie inne maszyny kroją płyty na określone wymiary.

 

Któregoś dnia szwagier Ostrowski powiadomił nas, iż władze powiatowe w Pińsku na prośbę miejscowej ludności, szczególnie z chutorów  oddalonych od osiedli, zarządziły obławę na wilki wyrządzające duże szkody. Weźmie on udział w niej wraz z wojskiem, a na listę myśliwych wciągnięto m.in. mnie i p. Witkowskiego.  Byłem z tego niezmiernie zadowolony, bo chociaż od najmłodszych lat jestem myśliwym, to pierwszy raz wezmę udział w polowaniu na takiego zwierza.

Sięgając pamięcią w lata dziecinne jedno zdarzenie utknęło mi w pamięci. Rodzice moi mieszkali wówczas w małym miasteczku Brdów nad jeziorem o tej samej nazwie. Zimą lub  wczesną wiosną ludzie i dzieci obserwowali z daleka, na przeciwnym końcu jeziora biegające stada wilków. Będąc jeszcze małym chłopcem, bardzo byłem zaciekawiony tym widokiem i zacząłem naprzykrzać się. Piastunka podniosła mnie na rękach i pokazała daleko na końcu jeziora trzy czy cztery wilki biegnące po lodzie - widocznie musiało to być w czasie rui. To był jedyny raz, kiedy widziałem wilki.

No ale wróćmy do naszego polowania. We wczesnych godzinach rannych stawiliśmy się na punkt zborny. Myśliwych było dwudziestu kilku, dwóch leśniczych konno i kilku leśników pieszo oraz około 300 ludzi nagonki. Do tego jeszcze kilkanaście różnego rodzaju podwód dla podwożenia myśliwych lub nagonki. Jeden z leśniczych wraz z leśnikami prowadzili nagonkę. Miot miał zasięg kilku kilometrów, o szerokości co najmniej 3-ch kilometrów. Drugi leśniczy rozprowadzał i rozstawiał myśliwych. Po długim wyczekiwaniu na stanowiskach wreszcie ozwały się dalekie głosy trąbek, co było oznaką, iż nagonka ruszyła. Tak się rozpoczęło polowanie. Jak zauważyłem nie wszyscy myśliwi byli ze sobą zgrani i nie wszyscy stosowali się do prawideł myśliwskich. Byli i tacy, którzy zeszli ze stanowisk aby pociągnąć z manierki i urządzić popijawę. Nic też dziwnego, iż cała obława była nieudana. Zabito tylko jednego wilka, a jednego postrzelono oraz zabito 2 czy 3 lisy. Pamiętne dla mnie polowanie na wilki skończyło się niezbyt fortunnie, gdyż nie oddałem ani jednego strzału i nie widziałem żadnego żywego wilka.

 

Wkrótce wybraliśmy się w drogę powrotną, po uprzednim serdecznym pożegnaniu się z rodziną i z państwem Witkowskimi. W latach późniejszych szwagier Ostrowski został przeniesiony na Pomorze do Chełmna. Kiedyś, będąc w Warszawie, przypadkowo spotkałem się z p. Witkowskim, który załatwiał jakieś sprawy w Ministerstwie. Było to bardzo krótkie spotkanie tuż przed odjazdem. Od tej pory już się nie widzieliśmy i żaden z nas nie pomyślał, że widzimy się po raz ostatni w życiu.

W czasie wojny, wysiedlony z Kalisza mieszkałem w Warszawie, zetknąłem się przypadkowo z jedną z osób mieszkającą na kresach w okolicach Pińska. Znała ona  pana Witkowskiego. Dowiedziałem się wówczas, że w dniu rozpoczęcia wojny z Polską przez Niemcy tj. 1-go września 1939r. wojska sowieckie zajęły graniczną stację kolejową Mikaszewicze i aresztowały kilku znanych działaczy  polskich, w tym i Jana Witkowskiego. Dokąd ich wywieziono nie wiadomo, podobno nad Białe Morze. Boże, jak ta wiadomość mnie zmartwiła, jak serdecznie bolałem nad nieszczęściem biednego Witkowskiego rozłączonego z rodziną. Co się stało z panią Witkowską, przygodna znajoma nic nie wiedziała. Długo nie mogłem przeboleć tej smutnej wieści. Pomimo, że znaliśmy się z sobą bardzo krótko, czuliśmy do siebie wzajemną sympatię i łączyły nas miłe wspomnienia przeżytych przygód myśliwskich.

         Nadszedł rok 1945, wojna się skończyła, po wielu przeżyciach powróciłem do Kalisza z żoną i córką. Syn, jak cała prawie Warszawa został wywieziony do obozu, do Niemiec. Powróciliśmy do pustego rozbitego sklepu, pustego i zniszczonego mieszkania. Trzeba było rozpoczynać życie od nowa. Złudzenia, nadzieje na powrót dawnych warunków bytu były coraz mniejsze. Pamiętam, otrzymałem wówczas pismo z Londynu od firmy „Haelssen”, z którą prowadziłem już od dłuższego czasu transakcje importu herbaty i kawy. Darzono mnie wyjątkowym zaufaniem, korzystałem nawet z dwumiesięcznego otwartego kredytu kupieckiego. Na kilka dni przed wybuchem wojny przekazałem kilkaset funtów jako pokrycie ostatnich rachunków. Pisali mi w miłych słowach, iż jeżeli tylko zaistnieją przychylne warunki do handlu nawiążemy z sobą znowu stosunki handlowe. Jednakże stało się zupełnie inaczej. W 1946 roku wrócił syn z Niemiec, a w 1947r. zięć Siarkiewicz z niewoli przez Włochy  i Anglię, a w 1948r. przyszła konieczność całkowitej likwidacji odbudowanego przedsiębiorstwa handlowego.

 

Minęło kilka lat. Zimą 1949 lub 1950 roku leżałem chory. Zięć wrócił z podróży służbowej i również wypoczywał w swoim pokoju. Było niedzielne przedpołudnie, dzwonek do drzwi. Córka otwiera nieznajomej osobie. Była to pani Biernacka, stara obywatelka miasta Kalisza. Młodszą jej siostrę losy wojenne zagnały do Anglii gdzie pracowała w szpitalu wojskowym. Właśnie przyszedł od niej list. Jest tam jeden pan z Polski, który gdy dowiedział się, że pochodzi z Kalisza, dopytywał się czy zna rodzinę Rydzewskich. Prosił, aby się postarała o adres Rydzewskich lub ich zięcia. Córka zapytała się męża, czy to może jakiś kolega go szuka, ale on nie wiedział o kogo chodzi. Później, już po odejściu p. Biernackiej córka zaczęła się domyślać, że to może chodziło nie o zięcia, a o szwagra Ostrowskiego. Czyżby to był ktoś z rodziny Witkowskich z Mikaszewicz? Upłynęło kilka miesięcy, zbliżało się  Boże Narodzenie. Pewnego dnia listonosz przyniósł niespodziewanie list z Anglii. Zaciekawiony otwieram: kto pisze, patrzę i oczom swym nie chcę wierzyć. Witkowski na pięknym złoconym kartoniku podpisał „Myśliwy z Mikaszewicz”.

 

Państwo Witkowscy w Anglii (1956r.)

 

         Jan Witkowski pisze, iż został wywieziony do obozu, wkrótce żona wyjechała za nim i cudownie odnalazła go i wyciągnęła z obozu do Armii Polskiej formowanej przez gen. Andersa. W końcu przedostali się do Anglii, gdzie po dłuższej rekonwalescencji został intendentem Polskiego Wojskowego Szpitala w okolicach Manchesteru.

Odtąd byliśmy w stałym kontakcie aż do końca, to jest do Jego śmierci. Przesłałem mu adres mojego szwagra Ostrowskiego. Serdeczni przyjaciele również stale korespondowali i dzielili się wiadomościami o swych losach.

Rodzina Agarkow wyemigrowała do Kanady. Córka Irmina, z pierwszego małżeństwa pani Witkowskiej - zamężna w Polsce już przed wojną zamieszkała w Kutnowskim, a z synów państwa Witkowskich jeden zginął, o ile mi wiadomo na wojnie, a o drugim nic nie wiem.

Jakież to dziwne koleje losu przechodzili ludzie podczas tej ostatniej strasznej wojny.

Na każde święta wymienialiśmy się życzeniami i słowami pamięci. Gdy wspomniałem, że choruję na duszności i przewlekły nieżyt oskrzeli, natychmiast przysłał mi lekarstwa i antybiotyki, o które u nas wówczas było trudno. Jak się okazało, chorował na tę samą chorobę i lekarstwa te dużo mu pomogły. Chcąc się zrewanżować – posłałem mu pięknie wydaną książkę „Krajobrazy Polskie”. Białowieża, Podkarpacie, puszcze, lasy – tak miłe myśliwemu. Bardzo był zadowolony z tej książki i serdecznie dziękował. W 1962 roku posłałem mu jak zwykle życzenia świąteczne na Wielkanoc. Jednak od niego nic nie przyszło, a taki zwykle był punktualny. Zaniepokojony sądziłem, że może list zaginął. Po jakimś czasie dostałem wiadomość od pani Witkowskiej, że mąż zmarł na raka. I tak się skończyły smutno nasze przygody myśliwskie.

     Niechaj Ci obca ziemia będzie lekką kochany kolego myśliwy.

     A może czekasz tam na mnie w „Krainie Wiecznych Łowów”.

 

 

 

STRONA GŁÓWNA

 

NOTA BIOGRAFICZNA

 

W WOJENNYM I MIĘDZYWOJENNYM KALISZU

 

| Likwidacja sklepu L. Szuberskiego | Listopad 1916 | Straż Obywatelska | Bractwo Strzelców Kurkowych |

 

 ZE WSPOMNIEŃ KALISKIEGO KUPCA

 

| Organizacja Kupiectwa Kaliskiego | Stowarzyszenie Kupców Branży Broniowo-Amunicyjnej | Szkoła Kupiecka|

 

POLOWANIE NAD PRYPECIĄ

 

WSPOMNIENIA Z LAT WOJNY

 

| Początek okupacji | Wysiedlenie do Warszawy | Powstanie Warszawskie | Warszawa zniszczona |

 

W POWOJENNYM KALISZU

 

| Powrót do Kalisza | Straty wojenne |

 

SPIS CZŁONKÓW I STARSZYCH KONFRATERNI KUPIECKICH W KALISZU RÓŻNYCH LAT

 

CZŁONKOWIE BYŁEJ STRAŻY OBYWATELSKIEJ ZAREJESTROWANEJ W  1937r.

 

NOTA REDAKCYJNA

 

POWRÓT